Bloog Wirtualna Polska
Są 1 229 833 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Nie jestem waleczna, a jednak...

środa, 25 stycznia 2017 16:30

Nie dość, że nie jestem waleczne, to jeszcze mam naturę pesymistki i jestem sceptyczna. Gdy wszystko dzieje się zgodnie z planem i zasadami - jest o.k. Najmniejsza przeszkoda, gdy o coś, co wydawałoby się, że się należy, trzeba sie wykłócać, się "bić" - wytrąca mnie z równowagi. Zaczynam panikować, że nie zawalczę, bo nie umiem, bo mi sie nie uda, bo mnie "przegonią". Zawsze układam sobie w głowie scenariusze, dialogi, z najgorszym rozwiązaniem. Żeby nastawić się na "walkę". Bo jeśli zły scenariusz sie nie sprawdzi, to będę pozytywnie zdziwiona i szczęśliwa. Jeśli to tylko możliwe, to wolę nie narażać się na konfrontację, rezygnuję, odpuszczam.  Żadnych rywalizacji, żadnego losowania - i tak przegram. A przegrywać nigdy nie umiałam z klasą. Wiem, dziś już wiem, że to z powodu mojego egoizmu. Z dziecięcej pozycji "wszystko mi się należy", przeszłam na pozycje "należy mi się tylko to, co innym, nie więcej, ale też nie mniej". Strasznie muszę się zmagać ze sobą, jeśli muszę dobijać się o coś, co mi "się słusznie należy", . Ale są sytuacje, gdy muszę, nie dla siebie, dla tatusia, bo on sam jest z poprzedniej epoki. Gdy mówią "nie", on to traktuje jako ostateczną odmowę, a nie wstęp do negocjacji. Wtedy wkraczam ja i z zaciśniętymi zębami i z tymi moimi scenariuszami porażki przystępuję do "walki". 

Taka, wydawałoby się, oczywista sprawa, jak kontrola rozrusznika serca. Ma być. Co roku. Zgłasza się pacjent, zapisują go na kontrolę, sprawdzają. Pewnie, zapisują. A wiecie, kiedy skontrolują, jeśli teraz się zapiszecie? W lutym. Tylko 2018 roku! Jak to usłyszałam, to mi po prostu mowę odjęło na moment.  A potem dałam upust emocjom. Nie dość, że przez cały jeden dzień nie mogłam się dodzwonić do rejestracji, to na drugi dzień - taka informacja. I nic nie znaczy, że tato ma 93 lata, że jeszcze nie był, od dwóch lat  na takiej kontroli (a czemu nie był - bo nie dbał o to, nic mu nie było), że teraz bodajże rozrusznik nie działa. Trudno, " pani ważna" nic na to nie poradzi. To zaczęłam szukać innych szpitali, gdzie można skontrolować rozrusznik. Dodzwoniłam się, o dziwo, za pierwszym dzwonieniem, do szpitala klinicznego . Uprzejma pani w informacji podała mi numer do konkretnej przychodni i jeszcze poinformowała, że właśnie od 11.00 przyjmują zgłoszenia telefoniczne, więc mogę spokojnie dzwonić. I znów po pierwszym telefonie zostałam połączona z rejestracją. Tu pani była o wiele życzliwsza. Tutaj też trzeba by czekać rok na przyjęcie, ale pani przekonywała, że najlepiej jednak zapisać tatę tam, gdzie rozrusznik wstawiono. Zaczęłam "jęczeć".  Tato ma już 93 lata! Nie może tak długo czekać, zwłaszcza, że z rozrusznikiem coś jest nie tak. Co ja mam robić, przecież tato o swoje nie zawalczy sam.? Wtedy pani spytała, czy tato jest kombatantem. Nie, kombatantem nie jest, ale był na robotach w Niemczech i ma odpowiednią legitymację. Aha, czyli jest osobą poszkodowaną przez III Rzeszę i tak, jak kombatanci ma prawo do przyjęć poza kolejnością do specjalistów. Takie jest prawo i mam wziąć tatę w taksówkę i zawieść do poradni , musza go zaraz przyjąć. Noo, pomyślałam sobie, ta wiedza jest bardzo cenna. I  są jeszcze ludzcy pracownicy w rejestracjach, nie tylko bezduszne manekiny, nie przejmujące się losem innych (przecież pańci w tamtym szpitalu też mówiłam, że tato ma 93 lata i nie może czekać rok). Nie wzięłam taty w taksówkę, tylko pojechałam najpierw sama sprawdzić nową wiedzę (mój wieczny sceptycyzm).I chyba lepiej. Pańcia (pod pięćdziesiątkę, obwieszona pierścionkami i bransoletkami) udawała, że nie widzi mnie przed okienkiem, inna pani z rejestracji podeszła i się mną zainteresowała (ja nie z tych, które domagają sie uwagi i przeszkadzają , grzecznie czekam, aż mnie  zauważą). Wyłuszczyłam swoją sprawę. Pierwsze pytanie nagle obudzonej pańci było: czy ma legitymację, a drugie, czy tu jest dziś. Gdy odpowiedziałam twierdząco na pierwsze i przecząco na drugie pytanie pańcia straciła mną zainteresowanie i wróciła do papierów. Natomiast pani wyglądająca na lekarkę poszperała w rejestrach i znalazła dla taty termin na początku lutego - tego roku. Jeszcze uprzedziła, że doktor nie wywołuje po nazwisku, kto pierwszy ten lepszy i żeby tato najlepiej przyszedł przed końcem przyjęć, wtedy nie będzie musiał tak długo czekać. Więc jednak można po ludzku. Uff. I ja to załatwiłam!? Kamień spadł mi z serca. Nieznośne napięcie odpuściło. W "nagrodę za dzielność" wypiłam sobie kawę i zjadłam ciacho w pobliskiej IKEI. A co, należało mi się.  


Podziel się
oceń
1
28

komentarze (5) | dodaj komentarz

Ulotne drobne radości

sobota, 21 stycznia 2017 19:29

Jedna z blogowych znajomych podała kilka przykładów, jak "chwytać życie", jak czerpać z niego satysfakcję, nie gnuśnieć, nie narzekać.

Jednym z pomysłów było "pudełko", do którego codziennie można włożyć karteczkę z zapisem miłych chwil, które uprzyjemniły nam dzień. Bo każdego dnia powinniśmy takie chwile znaleźć, przeżyć. Nawet, jeśli dzień jest szary i nudny lub trudny, to może choć ktoś się do nas szczerze uśmiechnął? Spodobał mi sie ten pomysł, bo bywam okropną malkontentką, marudzę i krytykuję wszystko dookoła. I czasem mam doła, wydaje mi się, że nic dobrego mnie już nie czeka. Od czasu, jak zapisuję te drobne radości, to chyba bardziej się staram  - mieć co zapisać ;) Więc i drobiazgi mogą cieszyć, małe rzeczy warte są zapisania. Gdy przyjdzie chandra, spadek nastroju - wyjmę karteczki i poczytam o tym minionych chwilach radości, może poprawi się nastrój?

Zapisuję już (dopiero) drugi tydzień. Co my tu mamy?

- upiekłam placek makowy

- dostałam mail od J.

- czytam sobie, nikt nie przeszkadza

- był synek, przyniósł przepyszny tort

- zamówiłam 4 noclegi w górach na ferie z wnukami

- byłam u wnusia, zjedliśmy razem pierogi z mięsem

- byłam u tatusia, zjedliśmy wspólnie podwieczorek

- na dworze cudna szadź, cieszy oczy

- spotkałam się z O. w "Złotym Rogu", nagadałyśmy się za wszystkie czasy

- rozmawiałam przez telefon z synkami, tatusiem i ciocią Wiesią

- kabaret "Pod Wyrwigroszem" w TV rozbawił mnie do łez

- wnuczkowie zadzwonili do mnie z życzeniami z okazji Dnia Babci

A jutro spotkamy się wszyscy u mojego taty z okazji Dnia Dziadka.

Warto cieszyć się z drobnych spraw. Od razu życie wydaje się jaśniejsze:)

 DSCN2392.JPG

To za płotem.

 

DSCN2396.JPG

 A to i sam płot, który nigdy nie był piękniejszy ;)


Podziel się
oceń
1
146

komentarze (7) | dodaj komentarz

Świątki

środa, 28 grudnia 2016 18:34

"Światki" - był to czas między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem w carskiej Rosji. W tym okresie ludzie nie pracowali zawodowo, świętowali, odwiedzali się wzajemnie z życzeniami, był to też ponoć najlepszy czas na zaręczyny :)  

Miałam w planach takie goszczenie i odwiedziny, ale na razie, na szczęście uległo to spowolnieniu i rozciągnięciu w czasie. Więc siedzę sobie w domu i odpoczywam - po Świętach. Były bardzo intensywne. Ja się już do tego nie nadaję. Wigilia, to jednak spore przedsięwzięcie i kulinarne i logistyczne. Najpierw wszystko upiec, ugotować, przyrządzić, a potem postawić prawie jednocześnie wszystko na stół. I wcale nie mam takiego mnóstwa tych potraw, ale... ryby trzeba smażyć, kulebiaki podgrzewać w piekarniku, zupę grzać na piecu... a ludu kupa. I jeszcze schodzą mi się nieregularnie. Mimo, że synowa pomagała, jak mogła, to i tak miałam wrażenie, że kręgosłup za chwilę przełamie mi się na pół. A w nocy z bólu miałam problem z przekręceniem się na drugi bok. I to ma być spokojny czas zadumy? To ciężki obowiązek, który na siebie wzięłam, żeby podtrzymywać tradycję i rodzinę w komplecie. Ale już nie mam z tego radości, takiej, jak kilka lat wstecz. Bo "nie dam se luzu", wszystko musi być na ostatni guzik: i udekorowany świątecznie dom i wszystkie potrawy i ja sama też. A siły już nie te. Żadnej taryfy ulgowej, bo "tylko rodzina" przychodzi. Tak mam w tej głowie. Na gości pełna mobilizacja. Stale mi się wydaje, że na wejście (gości) w moim domu ma być standard hotelowy - wszystko ułożone i lśniące czystością (hotel oczywiście  wielogwiazdkowy) ;) Teraz na wsi, to zazwyczaj każdego mogę ugościć każdej chwili i nie będę się wstydzić za stan domu. Ale, gdy mieszkałam w bloku z trzema chłopakami i jednym facetem, to bywał w domu "sajgon" i nikomu (zwłaszcza mojej mamie) nie chciałabym tego pokazać. W pierwsze Święto też miałam 12 osób, ale to już w luźniejszej atmosferze. I już mnie tak plecy nie bolały wieczorem (może to też sprawa psychiki?). A w poniedziałek my szliśmy w gości i to było prawdziwie świąteczne spotkanie, w miłym towarzystwie przy suto zastawionym stole :)

A znam panią (200 km od nas), która kolejny już rok samotnie spędzała Wigilię, jedynie ze swoim kotem. Ma syna, ale układy z nim nie należą do serdecznych. Pani nie chciała fikcji, jaką byłaby wspólna z rodziną syna Wigilia (bo nagle przyszedł zaprosić, jakby go sumienie ruszyło). Nie chciała "udawać serdecznych stosunków, których nie ma", bo nawet wnukowie nie pamiętają o babci, chociaż mieszkają w tym samym mieście. Nie poszła też do sąsiadów, którzy ją zapraszali. Nie chciała przeszkadzać w rodzinnym wieczorze. Twierdziła, że spędzi sobie spokojny wieczór i odpocznie po trudach pracowitego tygodnia (ma już 70+ i jeszcze musi pracować, żeby związać koniec z końcem). Jest nieco odludkiem, ale życie dało jej w kość. Nie chciałabym się z nią zamienić, mimo całego tego świątecznego rejwachu i bólu pleców.  

A ja chodzę naburmuszona i marudna, zła na siebie i zaniepokojona sobą. Czy zdarza się wam zgubić, zapodziać w domu coś małego, a ważnego? I czy miewacie na ten temat "czarną dziurę"? Ja tak mam. I nie mogę sobie wybaczyć tej demencji. Miałam 2 bilety do opery  na za tydzień. Ale nie mam. I już wyczerpałam wszelkie pomysły, gdzie szukać, gdzie mogłabym je odłożyć. Pewnie były, ale nie przysięgnę, że je na tej szafce widziałam. Mąż twierdzi, że je tam położył. Być może. Ale ja za chwilę zwątpię, że ja, to ja. Nic nie pamiętam, zupełnie NIC. Tyle tylko, że robiłam, jak szalona ostatnie porządki na wszelkich szafkach, żeby nic nie leżało na wierzchu. A niepotrzebne szpargały - do kominka. I jedyne wytłumaczenie mam takie, że w przedświątecznym amoku działałam, jak automat. Biletów nie ma. A ja liczę jeszcze na koleżankę, która te bilety nam kupiła, może coś się da zrobić. Jestem gotowa jeszcze raz zapłacić za nasze miejsca, przecież są puste i czekają na nas. Ech, starość. Ta świadomość własnej ułomności tak mnie zdołowała, że chodzę, jak struta i nawet dzisiejsze piękne słońce mnie tylko minimalnie pocieszyło. 

Ale trzeba się nastroić pozytywnie. Jutro dalszy ciąg "swiatek" - przyjedzie szwagierka, lubimy się (ale nie tak bezwarunkowo, co ja poradzę, że rodzina męża często potrafi mnie wkurzyć). A w piątek idziemy (jedziemy - ze wsi wszędzie musimy dojechać) do znajomych pod Miasto. To już będzie przedsylwestrowo. A w Sylwestra? Zobaczymy, na razie cisza. A mnie się nic nie chce.


Podziel się
oceń
0
6

komentarze (4) | dodaj komentarz

Wrrr

środa, 07 grudnia 2016 17:43

Jestem dziś mocno wybuchowa. Denerwuję się co chwilę. I po co, dlaczego, to mi tylko szkodzi. Ale to we mnie siedzi i tak reaguję dziś. Sądziłam jeszcze przed chwilą, że to niesprzyjające okoliczności doprowadzają mnie do wybuchów złości. Ale może to ma przyczyny tzw. organiczne? Tabletki na tarczycę nie wzięłam celowo, a o tabletce na ciśnienie zapomniałam. Skleroza sama nie boli, dopiero jej skutki. Ciekawe, czy to brak tabletek, czy jednak "kłody" pod nogami. Bo musiałam się odprawić on line. Niby robiłam to już wcześniej, ale stara jestem i nieobyta wystarczająco (jak sie okazało) z komputerem. I nie potrafiłam nawet wejść na stronę odprawy : "dane nieprawidłowe". No tak, bo nie ja rezerwowałam i kupowałam bilety, tylko pośrednik turystyczny. I dane miały być nie moje, tylko pośrednika (czego nie doczytałam od razu). Swoją drogą, co za eufemizm "rezerwacja"! Rezerwacja jest wtedy, gdy coś zaklepujemy. W tych wszystkich biurach on-line jest ordynarny zakup. Jak kupisz, to masz "zarezerwowane". Rezerwacja =zakup! Co za nadużycie. O pieniądzach się nie mówi? Ostatnio tyle słów ma poprzekręcane znaczenia, chyba wszystko po to, żeby zedrzeć skórę z naiwniaków. A naiwniakami okazują się ludzie, rozumiejący znaczenie słów tak, jak są one interpretowane w słownikach, tych z poprzedniej epoki, drukowanych. Po kilku telefonach do biura podróży, po wyrażeniu swojego niezadowolenia, w końcu się odprawiłam (w jedną stronę - tam). Z powrotem  mogę się odprawić za 9 Euro w tej chwili. No, po prostu za chwilę będzie, jak w skeczu kabaretu "Pod wyrwigroszem". Tam tani bilet lotniczy kosztował 1 zł, ale za miejsce do siedzenia, za paliwo do samolotu, za powietrze zużywane w samolocie i parę innych rzeczy trzeba było dodatkowo zapłacić i to niemało. Obawiam się, że marketingowcy uważnie słuchali tego skeczu i już zaczynają pobierać opłaty np. od dodatkowego bagażu kabinowego, od wybranego miejsca (gdy jedziesz z drugą osobą musisz zapłacić za "luksus" siedzenia obok tej osoby, bezpłatnie miejsca są losowane, więc można siedzieć w dwóch przeciwnych końcach samolotu). I "tani"bilet (nie zawsze aż taki tani) robi się sporo droższy (szczególnie dla osób nie zarabiających w Euro, jak ja). Ale czemu się unoszę? Przecież podróżują ci, których na to stać. Sknerzysz - siedź w domu. Pogłaszcz kota - uspokoisz się. Uff.

 

 


Podziel się
oceń
0
6

komentarze (2) | dodaj komentarz

Ciasteczka

środa, 30 listopada 2016 13:42

W pewnej książce bohaterka, samotna matka, pracująca w korporacji, bardzo zajęta, była zobowiązana zrobić ciastka dla dziecka na jakąś uroczystość klasową. Nie miała na to czasu, kupiła coś gotowego i próbowała te ciastka "poprawić", żeby wyglądały jak domowe. A ja bym chciała, żeby niektóre moje wypieki wyglądały jak kupne. Bo te kupne wypieki są zawsze takie ładne na oko, równiutkie i równo upieczone, na identyczny kolor (przeważnie). Ponoć je się oczami. Ale dotyczy to chyba przede wszystkim wyrobów nieznanych. I może przeznaczone jest dla niejadków: ładny wygląd zachęci do spróbowania. W domu, według mnie, to nie obowiązuje.   Tu liczy się raczej przyjemny zapach. Moi gości i domownicy  wiedzą, że robię zawsze smaczne rzeczy (sama lubię smacznie zjeść).  Na wygląd moje produkty konkursu by nie wygrały, niestety. Nie umiem ozdabiać potraw, nie przywiązuję do tego wagi. Nie ma we mnie artystki w tym względzie. Podziwiam osoby, które godzą te dwie funkcje - estetykę i smak (chociaż i tak pozostaję sceptyczna, bo czy nie jest to przypadkiem przerost formy nad treścią, pewnie zazdrość przeze mnie przemawia). Znajoma blogowa pokazała swoje przecudne ciasteczka maślane, jak kupne. Poznałam, że do ich wyrobu użyła foremek pewnej firmy, reklamującej owe foremki, jako foremki do ciasteczek linckich (z miasta Linz). Poprosiłam o przepis, bo prosty i "zawsze wychodzi". Tylko ja nie mam żadnego doświadczenia w pieczeniu kruchych ciastek, nigdy nie robiłam. Zarobiłam ciasto z podanych czterech składników. I oczekiwałam nie wiem czego. Ale zapewne tego, że owo ciasto będzie się dobrze kleić, wałkować i łatwo wycinać. Przeliczyłam się. W przepisie było słowo "około". To jak "prawie" i ma duże znaczenie. Gdy sie robi ciasteczka od lat, to wie się, jaką konsystencję powinno mieć właściwe ciasto. Mnie to ciasto wyszło niebywale suche, rwące się (mimo sporej ilości masła), a przy tym przyklejające się do wałka. To była walka o każde ciasteczko. Żadna przyjemność. A to nie koniec zmagań. Ciastka trzeba upiec. I tu ja wykazałam się zbyt dużą niefrasobliwością. Pieczenie ciastek wypadło akurat w trakcie filmu, który chciałam zobaczyć (piekarnik elektryczny rozgrzany, nie mogłam odłożyć wycinania i pieczenia). Nie chciałam zrezygnować z filmu, a łapanie dwóch srok za ogon rzadko się udaje. Więc pakowałam ciastka do pieca, a potem siadałam przed TV (co chwilę przybiegając i zaglądając do pieca). W efekcie część ciastek jest zdecydowanie przepieczona, zbyt ciemna. Ale nie mając doświadczenia nie wiedziałam nawet jaki kolor ciastek jest już tym właściwym kolorem ciastka upieczonego. Mam puszkę ciasteczek maślanych. Smaczne. I jak moja gromadka do nich dosiądzie, to nawet w Wigilię podejrzewam, że nic nie zostanie. Ale na prezent nikomu bym ich nie dała. Nie wyglądają. No i raczej nie będę ich piekła (chyba, że na specjalne życzenie). Zostanę przy moich tradycyjnych pierniczkach, do których zaraz się zabiorę. One też nie zawsze "wyglądają", ale i tak znikają w szybkim tempie.  

DSCN2308.JPG

Moje bardzo domowe ciasteczka.

 


Podziel się
oceń
0
2

komentarze (3) | dodaj komentarz

sobota, 25 lutego 2017

Licznik odwiedzin:  253 067  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728     

O mnie

Jestem spokojną osobą w "pewnym wieku", liść na wietrze, dziś się kołyszę i płynę, jutro opadnę , nie zostanie śladu. Czasem nie mam odwagi powiedzieć o pewnych sprawach z otwartą przyłbicą. Więc zakamuflowana , tutaj się wypowiadam.

O moim bloogu

Pamiętnik zwykłej kobiety w "smudze cienia"

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 253067

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl