Bloog Wirtualna Polska
Są 1 239 243 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Taki mamy klimat

środa, 19 kwietnia 2017 14:45

Można się cieszyć kwitnącymi czereśniami, śliwami i brzoskwiniami, a wtedy "diabeł się cieszy". Buch - przymrozek, szyby w aucie pod domem dziś były zlodzone, jak zimą. Zgroza. No i nic, zupełnie nic nie można na te zawirowania pogody poradzić. Trzeba je ścierpieć, można oczywiście pozgrzytać i wygrażać pięścią niebu, tylko po co? To i tak niczego nie zmieni i nie naprawi szkód. Nie będzie swoich owoców. I tyle, Aż tyle. Z tej bezsiły i złości na nasz zakichany klimat weszłam na swoją ulubioną stronę pośrednika turystycznego i przejrzałam propozycje. Zawsze lubię sobie pomarzyć o ciepłych i dalekich krajach. Zawsze mnie coś zanęci, jakiś niedrogi, a ciekawy wyjazd. A nuż uda się Mojego namówić? No i znalazłam kilka ciekawych propozycji. I wybrałam :) A najważniejsze - Mój dał się namówić na wyjazd bez specjalnego problemu :) Nie powiem, dokąd jadę, bo to dopiero w końcu maja. Powiem tylko, że to kolejna wyspa na Morzu Śródziemny. "Zaliczam" te nie najdalsze wyspy , a jeszcze mi trochę zostało. Baleary jakoś mnie nie nęcą, ale kto wie? Może trafi się jakiś okazyjny wyjazd, to czemu nie. A dalekie morza na końcu świata, to chyba już nie dla mnie. Samolotowe loty kilkunastogodzinne, to jednak mała przyjemność. 

Czy warto marzyć o czymś nie do zrealizowania? Może nie warto, ale zawsze można, po to są marzenia :) I nigdy nic nie wiadomo .


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Wszystko dobrze

niedziela, 02 kwietnia 2017 23:58

Jak się okazuje - brak wiadomości, to akurat najczęściej pozytywna wiadomość. Tak też było tym razem z moją miłą znajomą. No i ja nie wiedziałam, kiedy ona wraca do siebie. Byłą na dłuższych wakacjach i ani czasu ani  możliwości nie miała, żeby się odezwać (no powiedzmy, ale ja ją rozumiem, tyle nowości wkoło). Już sobie o wszystkim pogadałyśmy.

A u mnie w domu malowanie. Rety, ile to,  roboty. Nawet jak ja nie maluję (malować będzie Mój), to samo przygotowanie, sprzątnięcie mebli, firanek, zasłon wyniesienie tego, upchanie do innych pomieszczeń. A jeszcze przygotowanie posiłków, trochę pracy w ogrodzie, bo pogoda cudna - żal nie wykorzystać.  A teraz w karku czuję garb albo tak napięte mięśnie, że wszystko boli. A krzyże to pewnie jutro nie dadzą mi normalnie się ruszać.  Ale czego się nie robi dla urody domu ;) No i czas już był. To już będzie dziesiąta Wielkanoc w wiejskim domu. Nawet przy oszczędnym używaniu i czystym wiejskim powietrzu  ściany nie są już (mnie) zadowalające. Jutro już właściwe malowanie pokojów, a potem jeszcze kuchnia. I znów sprzątanie szafek, okrywanie blatów, ech... Ale potem będzie pięknie . I będzie można zabłysnąć  przed znajomymi ;) 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (2) | dodaj komentarz

Znikanie

czwartek, 23 marca 2017 11:38

 Tak mnie męczy kwestia znikania ludzi poznanych w internecie. Mam przyjaciółkę, poznaną przez bloog. Mieszka za granicą, ale odwiedzamy się, widujemy się , gdy nadarzy sie okazja, stwarzamy te okazje. Nie znam jej adresu, nie pisuję do niej papierowych listów, a ostatnio się przeprowadziła (pod poprzednim adresem ją odwiedziłam). Nie odzywa się. Jechała do Polski autem, do rodziny. Rozmawiałyśmy tuż przed jej wyjazdem. Miała sie odezwać z Polski. Już raczej powinna wrócić. Na razie napisałam mail (w dzisiejszych czasach maile czyta się ze smartfona). Napiszę jeszcze sms. W ostatnim kroku zadzwonię. Ale nie chcę wyjść na osobę namolną. Wiem, że to nie jest żadna niechęć do mnie. Coś nie pozwala jej się odezwać. Mam nadzieję, że to tylko nawał pracy i brak czasu. Czekam cierpliwie. Ale nurtuje mnie taka kwestia, że jeśli, nie daj co, coś sie stało, to nie jestem aż tak istotna, żeby ktoś mi dał znać. Z drugiej strony powiadają, że brak wiadomości, to dobra wiadomość, bo złe wiadomości szybko się rozchodzą. Może...Uzbrajam się w cierpliwość. Tu mam przynajmniej numer telefonu. Ale w przypadku znajomości tylko mailowej (i FB -owej), to można zamilknąć i człowiek znika. Dla mnie to są realni ludzie, prawdziwe losy i przeżycia. Przywiązałam się. O znajomości, przyjaźnie należy dbać, staram się, chciałabym wierzyć i widzieć że u moich znajomych wszystko dobrze. I mam nadzieję, że tak jest, nawet, jak się nie odzywają.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Tak sobie przemyśliwam

niedziela, 12 marca 2017 19:31

Pokazali w TV aktora Willa Smitha, jak skacze na bungee. Od razu mi ciśnienie skoczyło: "głupek". Nie potrafię zrozumieć, dlaczego ludzie skaczą głową w dół z dużej wysokości i co w tym jest fajnego. To znaczy, nie chodzi o rozumienie. Ja nie chcę zaakceptować, że ktoś skacze głową w dół, ściga się na motocyklach, uprawia saneczkarstwo sportowe, lub zjazd alpejski i inne tego typu ekstrema. Ja po prostu nie wiem, co to to jest przyjemność ze skoku adrenaliny. A jak nie wiem, to nie potrafię wczuć się w przeżycia innych. Nie cierpię skoku adrenaliny w żadnej postaci. Jestem osobą spokojną, ostrożną i niezbyt bojową. Ogólnie nie lubię rywalizacji, więc i sportu (z tą adrenaliną) tez nie rozumiem. I nie myślcie, że jestem tchórzem. Mając 22 lata skoczyłam z wieży 10- metrowej do basen (który z tej wysokości wyglądał, jak znaczek pocztowy). Skoczyłam, bo ambicja nie pozwoliła mi nie skoczyć, ale myślałam, że w tym powietrzu umrę. Żadnej przyjemności, żadnej adrenaliny. Jedyna satysfakcja była taka , że utarłąm nosa jednemu zarozumialcowi, a Mój (wtedy jeszcze nie na pewno mój) był dumny ze mnie, jak paw. Ale nie jestem masochistką, nigdy więcej takich sytuacji, nawet gdyby mi dawali złote góry. A żeby za to samej płacić, za tę adrenalinę, to w życiu nigdy. Z wiekiem dowiedziałam się, że niektórzy napędzają się adrenaliną, jak narkotykiem (narkotyków nie próbowałam, ale tez nie zrozumiem narkomanów). No i wydaje mi się, że nie rozumiejąc tych ludzi, nie potrafiąc poczuć ich satysfakcji, nie jestem w stanie ich polubić. Ale czy lubimy tylko ludzi, których rozumiemy. Przecież czasem lubimy ludzi zupełnie różnych od nas. Tylko na pewno musimy mieć jakieś wspólne płaszczyzny albo choćby punkty styczne: wspólnie wyznawane wartości, podobne zdania na jakiś temat. Czy ta satysfakcja ze skoku adrenaliny lub jej brak, to różnica temperamentu, czy jeszcze coś innego? Już kiedyś pisałam o "krótszej nóżce" chromosomu. Są ludzie, którzy w ostatnim chromosomie, który wygląda jak krzywe X mają jedną końcówkę (dolną) krótszą. Badacze doszli do wniosków, że ci ludzie są genetycznie uwarunkowani, nie mogą żyć bez adrenaliny, znacznie częściej, niż pozostała część populacji podejmują ryzyko, narażając się na niebezpieczeństwo. Zagrożenie ich napędza. Okazuje się, że przeważająca część Amerykanów ma "krótszą nóżkę". Ja na pewno mam "równe nóżki". I wiedząc to wszystko nadal nie potrafię spokojnie patrzeć na ludzi  dla przyjemności narażających zdrowie i życie. I w głębi duszy chyba mam im za złe, że nie potrafię ich zrozumieć (każdy ma jakieś wady, ja też). Ostatnio jedna pani, wdowa po sześćdziesiątce, taka jak to się mówi "w pretensjach" pochwaliła się, że operowała sobie haluksy, bo źle wyglądały. Spytałam, czy ją bolały, nie tylko nie miała ładnych stóp. No i już ma te stopy chyba ładne. Tylko po co? Nie zrozumiem tej kobiety i na pewno nie zechcę poznawać jej bliżej (jesteśmy w jednej grupie na UKWieku). Raczej nie polubię. Jej zachowanie drażni mnie. Sama się sobie dziwię, dlaczego? Przecież nie zazdroszczę jej, przecież jest samotna  i mając dorosłych synów (gdzieś daleko) nawet nie ma wnuków. Ale nie wszystkich musimy lubić, nie każdego polubimy, ale nawet nie lubiąc możemy szanować (jeśli są godni szacunku), możemy być grzeczni i uprzejmi. Czy też macie swoje sympatie i antypatie? 


Podziel się
oceń
0
11

komentarze (4) | dodaj komentarz

Nie jestem waleczna, a jednak...

środa, 25 stycznia 2017 16:30

Nie dość, że nie jestem waleczne, to jeszcze mam naturę pesymistki i jestem sceptyczna. Gdy wszystko dzieje się zgodnie z planem i zasadami - jest o.k. Najmniejsza przeszkoda, gdy o coś, co wydawałoby się, że się należy, trzeba sie wykłócać, się "bić" - wytrąca mnie z równowagi. Zaczynam panikować, że nie zawalczę, bo nie umiem, bo mi sie nie uda, bo mnie "przegonią". Zawsze układam sobie w głowie scenariusze, dialogi, z najgorszym rozwiązaniem. Żeby nastawić się na "walkę". Bo jeśli zły scenariusz sie nie sprawdzi, to będę pozytywnie zdziwiona i szczęśliwa. Jeśli to tylko możliwe, to wolę nie narażać się na konfrontację, rezygnuję, odpuszczam.  Żadnych rywalizacji, żadnego losowania - i tak przegram. A przegrywać nigdy nie umiałam z klasą. Wiem, dziś już wiem, że to z powodu mojego egoizmu. Z dziecięcej pozycji "wszystko mi się należy", przeszłam na pozycje "należy mi się tylko to, co innym, nie więcej, ale też nie mniej". Strasznie muszę się zmagać ze sobą, jeśli muszę dobijać się o coś, co mi "się słusznie należy", . Ale są sytuacje, gdy muszę, nie dla siebie, dla tatusia, bo on sam jest z poprzedniej epoki. Gdy mówią "nie", on to traktuje jako ostateczną odmowę, a nie wstęp do negocjacji. Wtedy wkraczam ja i z zaciśniętymi zębami i z tymi moimi scenariuszami porażki przystępuję do "walki". 

Taka, wydawałoby się, oczywista sprawa, jak kontrola rozrusznika serca. Ma być. Co roku. Zgłasza się pacjent, zapisują go na kontrolę, sprawdzają. Pewnie, zapisują. A wiecie, kiedy skontrolują, jeśli teraz się zapiszecie? W lutym. Tylko 2018 roku! Jak to usłyszałam, to mi po prostu mowę odjęło na moment.  A potem dałam upust emocjom. Nie dość, że przez cały jeden dzień nie mogłam się dodzwonić do rejestracji, to na drugi dzień - taka informacja. I nic nie znaczy, że tato ma 93 lata, że jeszcze nie był, od dwóch lat  na takiej kontroli (a czemu nie był - bo nie dbał o to, nic mu nie było), że teraz bodajże rozrusznik nie działa. Trudno, " pani ważna" nic na to nie poradzi. To zaczęłam szukać innych szpitali, gdzie można skontrolować rozrusznik. Dodzwoniłam się, o dziwo, za pierwszym dzwonieniem, do szpitala klinicznego . Uprzejma pani w informacji podała mi numer do konkretnej przychodni i jeszcze poinformowała, że właśnie od 11.00 przyjmują zgłoszenia telefoniczne, więc mogę spokojnie dzwonić. I znów po pierwszym telefonie zostałam połączona z rejestracją. Tu pani była o wiele życzliwsza. Tutaj też trzeba by czekać rok na przyjęcie, ale pani przekonywała, że najlepiej jednak zapisać tatę tam, gdzie rozrusznik wstawiono. Zaczęłam "jęczeć".  Tato ma już 93 lata! Nie może tak długo czekać, zwłaszcza, że z rozrusznikiem coś jest nie tak. Co ja mam robić, przecież tato o swoje nie zawalczy sam.? Wtedy pani spytała, czy tato jest kombatantem. Nie, kombatantem nie jest, ale był na robotach w Niemczech i ma odpowiednią legitymację. Aha, czyli jest osobą poszkodowaną przez III Rzeszę i tak, jak kombatanci ma prawo do przyjęć poza kolejnością do specjalistów. Takie jest prawo i mam wziąć tatę w taksówkę i zawieść do poradni , musza go zaraz przyjąć. Noo, pomyślałam sobie, ta wiedza jest bardzo cenna. I  są jeszcze ludzcy pracownicy w rejestracjach, nie tylko bezduszne manekiny, nie przejmujące się losem innych (przecież pańci w tamtym szpitalu też mówiłam, że tato ma 93 lata i nie może czekać rok). Nie wzięłam taty w taksówkę, tylko pojechałam najpierw sama sprawdzić nową wiedzę (mój wieczny sceptycyzm).I chyba lepiej. Pańcia (pod pięćdziesiątkę, obwieszona pierścionkami i bransoletkami) udawała, że nie widzi mnie przed okienkiem, inna pani z rejestracji podeszła i się mną zainteresowała (ja nie z tych, które domagają sie uwagi i przeszkadzają , grzecznie czekam, aż mnie  zauważą). Wyłuszczyłam swoją sprawę. Pierwsze pytanie nagle obudzonej pańci było: czy ma legitymację, a drugie, czy tu jest dziś. Gdy odpowiedziałam twierdząco na pierwsze i przecząco na drugie pytanie pańcia straciła mną zainteresowanie i wróciła do papierów. Natomiast pani wyglądająca na lekarkę poszperała w rejestrach i znalazła dla taty termin na początku lutego - tego roku. Jeszcze uprzedziła, że doktor nie wywołuje po nazwisku, kto pierwszy ten lepszy i żeby tato najlepiej przyszedł przed końcem przyjęć, wtedy nie będzie musiał tak długo czekać. Więc jednak można po ludzku. Uff. I ja to załatwiłam!? Kamień spadł mi z serca. Nieznośne napięcie odpuściło. W "nagrodę za dzielność" wypiłam sobie kawę i zjadłam ciacho w pobliskiej IKEI. A co, należało mi się.  


Podziel się
oceń
1
33

komentarze (5) | dodaj komentarz

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  255 766  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

O mnie

Jestem spokojną osobą w "pewnym wieku", liść na wietrze, dziś się kołyszę i płynę, jutro opadnę , nie zostanie śladu. Czasem nie mam odwagi powiedzieć o pewnych sprawach z otwartą przyłbicą. Więc zakamuflowana , tutaj się wypowiadam.

O moim bloogu

Pamiętnik zwykłej kobiety w "smudze cienia"

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 255766

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl