Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 277 179 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Świat nie kręci się wokół ciebie

niedziela, 07 stycznia 2018 13:03

"Świat nie kręci się wokół ciebie" - przywoływała mnie stale do porządku przyjaciółka w Berlinie. A ja muszę stale i stale sobie o tym przypominać. Ale cóż, jeśli zawsze "się kręcił", jeśli całe dzieciństwo, młodość i większość dorosłego życia upłynęły mi na byciu "pępkiem świata" (dla najbliższych), to czasem, w okresach sporego spadku nastroju, trudno mi obiektywnie patrzeć na otoczenie. Staram się, tłumaczę sobie, że ludzie mają swoje sprawy, swoje problemy, gdy znajdą ochotę - trafią i do mnie. Przy okazji mam stały głód zainteresowania, przyjaźni, miłości, z wiekiem coraz większy, zdając sobie doskonale sprawę, że każdy człowiek jest samotną wyspą. Ale ad rem: oczywiście znajoma wcale się na mnie nie "wypięła". Ponoć przez cały okres okołoświąteczny były problemy z dostępem do internetu i nawet chcąc nie mogła do mnie napisać (a pisząc do siebie potrafimy sobie więcej powiedzieć, niż rozmawiając). Wierzę, technika jest zawodna(a my tak się jej łapiemy, zdajemy się na nią ufając, że wszystko może). Wczoraj mail przyszedł, humor mi się poprawił.     

Sprawę taty też przekonsultowałam z prawniczką ( w czerwcu magisterium z prawa administracyjnego). Twierdzi, że pisma są nierzetelne, sprzeczne, wyglądają na wyłudzenie. Wspólnie pójdziemy do biura Rzecznika praw konsumenta i będziemy  walczyć o uczciwość. 

Powoli wygrzebuję się z dołka chandry. Jeszcze napisze parę listów i powinno mi się poprawić.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Na boku

czwartek, 04 stycznia 2018 23:24

I zaczął się nowy rok. Jeśliby wierzyć w to, że cały rok taki, jaki nowy rok, to strach się bać, jak mawiają. W pierwszych minutach tego roku zadzierając głowę, żeby zobaczyć jak najwięcej fajerwerków z nieuwagi spadłam z dwóch schodków ganku na plecy i głową stuknęłam Matki - Ziemi. Na szczęście upadłam na trawę, a i włosy też amortyzowały ten upadek. Tfu na psa urok - nic się nie stało. Ale dobry nastrój diabli wzięli. Po przespanej nocy było już znacznie lepiej, bo w towarzystwie rodzinki.Niektóre znajome poznane przez internet, a potem na żywo (a mam na myśli jedną konkretną), nie mają czasu  na pisanie listów (do mnie oczywiście). A jakoś też nie jestem skłonna (w tym wypadku) się napraszać. W tamtym roku znajoma została babcią, ja też. To chyba nie jedyny nasz wspólny temat. Cóż, jestem trochę rozgoryczona. Druga moja bardzo bliska i życzliwa znajoma też sie nie odzywa (w tym wypadku nie pisałyśmy listów, tylko albo sms, albo telefon, albo odwiedziny). Chorowała poważnie tamtego roku. Ale wyszła z tego, wróciła do pracy. praca bardzo ją absorbuje.,ale i wcześniej absorbowała, a zawsze znalazłyśmy czas na pogadanie. Teraz nie wiem, co sie dzieje i trochę boję sie zadzwonić i dowiadywać. Tak bardzo boję sie złych wieści, tak bardzo nie umiem się znaleźć wobec czyjegoś bólu, żałoby, cierpienia. Ja wiem, to nie jest zakaźne. Powinnam stawić czoła lękowi. Ale to takie trudne. To własnie ta przyjaciółka namawiała mnie żebym koniecznie zadzwoniła do mojej długoletniej szkolnej przyjaciółki, która też przestała "mnie znać", czyli nie miałam z nią kontaktu, nie reagowała na moje telefony. Po wspólnym wyjeździe do Berlina na parę dni, gdzie całkiem fajnie nam się spędzało wspólnie czas, przyjaciółka zamilkła. Co mogłam sobie pomyśleć (jako ten "pępek świata") - że po wspólnym wyjeździe jednak ona ma mnie dość. Przez rok nawet się nie słyszałyśmy, jakieś sms-y okazjonalne. Ile razy można dzwonić bez odzewu?  W zeszłym roku zadzwoniłam z życzeniami na jej Imieniny. No i w końcu trochę porozmawiałyśmy, jakbyśmy rozmawiały ze sobą regularnie, jakby czas żaden nas nie rozdzielił.. A potem tak wyszło, że moja synowa pilnie potrzebowała pomocy i wsparcia, a ta przyjaciółka mogła jej w obu sprawach pomóc. Łamałam się, czy wypada, w końcu dla dobra synowej zadzwoniłam. I jak już raz, i ty, razem pomogła, zainteresowała się i potem nawet sama zadzwoniła. I umówiłyśmy się w końcu na spotkanie. I właśnie dziś się spotkałyśmy. I było serdecznie, jak zawsze. I dowiedziałam się, że w owym roku "milczenia' zmarła jej mama (to było dla mnie zaskoczenie), że mocno to przeżyła. Więc teraz ja też napiszę do jednej z tych moich znajomych (chociaż zdaję sobie sprawę, że widocznie podtrzymywanie znajomości ze mną nie jest dla niej jakąś istotną sprawą, a ja przywiązuję się do życzliwych mi ludzi). Do drugiej zadzwonię w końcu i dowiem się, co słychać. Tak trzeba, chowanie głowy w piasek niczego nie załatwi (szczególnie, że ja najczęściej martwię się na zapas).

Jeszcze mój stary tatuś podpisał na schodach "komuś coś", okazało się, że umowę na zmianę dostawcy gazu, niezrealizowaną, bo w ostatniej chwili zostaliśmy (dzięki mojej czujności) przy starym dostawcy czyli "poczciwym" PGNiG. Ale ten drugi dostawca z wyłudzoną umową grozi karą za zerwanie umowy w wysokości 1300 zł! No po prostu rozbój, na który nie ma silnych. Nie ma? Stary i słaby nie ma żadnej racji ani żadnych praw, można go tak łatwo i bezkarnie wykorzystać. Wstyd i hańba. na to nam przyszło w tym drapieżnym kapitalizmie.

 To sobie z duszy ulżyłam. Ech, nie fajnie. I teraz ja będę próbowała coś zawalczyć u Rzecznika Konsumentów.  Może takich spraw starych ludzi jest więcej. Przecież bardzo trudno udowodnić komukolwiek, że nie dostało się czegoś, co ten ktoś ci wmawia, że dostałeś. Takie mamy czasy, że wmówią ci, że jesteś wielbłądem, bo to oni mają kasę i prawników od wmawiania innym swojej prawdy. A ja tak nie znoszę "walczyć", jeśli nie mam argumentów i żadnej wiedzy, tylko poczucie niesprawiedliwości i własnej słuszności. Za łatwo mi było, jak widać, walczyć sie nie nauczyłam. Dziś zdecydowanie nastrój pod wieczór mi siadł.  Może jutro coś ustalę. 

Ale ja tak kocham święty spokój. Choćby co jakiś czas, na jakiś czas.  


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Sylwestrowe wspominki

niedziela, 31 grudnia 2017 22:10

Tak sobie tu po cichu, "na boku" podsumuję mijający rok. 2017- to 17 w dacie dla mnie jest znaczące. Niby jestem taką sceptyczką, racjonalistką, a jednak liczby poruszają moją wyobraźnię i z przymrużeniem oka pozwalam sobie "wierzyć" w magię liczb. Urodziłam sie 17-tego i stale mam nadzieję, że siedemnastka, to moja szczęśliwa liczba (jak tu nie wierzyć, kiedy w dawnym totolotku, gdzie każdej liczbie była przypisana konkretna dyscyplina sportowa,  pod 17 było łucznictwo, a Mój Miły właśnie tę dyscyplinę uprawiał, był łucznikiem, gdy się poznaliśmy).  Rok 2017 nie mógł być zły, z założenia. I nie był. Przede wszystkim urodziła się moja wnusia Krysieńka (akurat w naszą rocznicę ślubu). Nie jestem w żałobie ( codziennie przekonuję siebie, że należy się cieszyć każdym dniem spędzanym z naszymi Kochanymi, a nie zamartwiać sie na zapas, ale to trudne, bo ja mam tendencję do martwienia sie na zapas).

To był rekordowy rok, jeśli chodzi o wyjazdy zagraniczne. Opuszczałam Polskę 7 razy, w tym 4 razy samolotem, raz autokarem, 2 razy samochodem i także promem. I tylez razy szczęśliwie wracałam. Wiele miejsc widziałam pierwszy raz: pierwszy raz byłam w Portugalii (cudna Lizbona i okolice), pierwszy raz byłam na Sardynii (niezwykła wyspa, wspaniała kuchnia, cudna przyroda, już tęsknię za nią), pierwszy raz byłam w Londynie ( czyli w Anglii, w Wielkiej Brytanii już byłam), niebywałe miasto, mogłabym tam pobyć dłużej. Pierwszy raz byłam w Zachodniej Szwecji, wśród natury - cudowne lasy i jeziora (gdybyż jeszcze było tam nieco taniej). Pierwszy raz widziałam włoską Pizę i "alabastrowe" miasto Volterra, a także piękną, elegancką Weronę. Pierwszy raz byłam na południu Francji nad Atlantykiem (z Atlantykiem zetknęłam się w Cascais w Portugalii, ale dopiero we Francji Atlantyk mnie zaczarował), Bordeaux olśniło mnie i zauroczyło. Pierwszy raz widziałam tak dużo Francji, takiej różnorodnej, przejechaliśmy ją wzdłuż (od Medoc do Paryża) i wszerz (od Miluzy do Atlantyku i od Paryża do Luksemburgu). Luksemburg też widziałam pierwszy raz, miasto pięknie, niezwykle położone, ale samo miasto, jak miasto, bogate, ale kompaktowe, niewielkie, jak cały malutki kraj. Pierwszy raz widziałam też Trewir czyli Trier.  I to było coś! Stare Miasto naprawdę stare, ale historia nie przytłacza, dodaje miastu kolorów i charakteru. Pojechałabym tam jeszcze,:) No i na koniec roku wymarzona Madera (czyli znów Portugalia). Uważajcie, o czym marzycie. Bo gdy się spełnia marzenie, to okazuje się, że nie wiedziało się o czym się marzyło, do spełnienia marzenia należy sie merytorycznie przygotować, żeby się nie rozczarować. Ja właściwie nie wiedziałam czego się spodziewać. Dla mnie "ogród" jest rozległą przestrzenią, z założenia płaską. Madera, jako wiecznie zielona wyspa nie rozczarowała mnie, w końcu wiedziałam, że grudzień ma swoje zimowe prawa nawet na Maderze. Ale, że to jest tak trudny górzysty teren, na to mnie nikt nie przygotował. To miałam Maderze "za złe". I wiem, że nie pojadę tam więcej. Ale do Portugalii jak najbardziej, cudowni ludzie, życzliwi, pomocni, pogodni i na luzie.

Widziałam w tym roku kolejny raz Sienę i Florencję, mogłabym je oglądać co roku . Także Paryż mogę odwiedzić kolejny i kolejny raz, przy każdej okazji. 

W tym roku na Polskę zabrakło czasu. Lato spędziłam w swoich okolicach, pokazując gościom nasze okoliczne atrakcje turystyczne i uprawiając swój ogród i pomagając w tatusiowym. Ale mam nadzieję w nowym roku pojeździć trochę po Polsce.

Wnucząt mam teraz troje :) a ze starszymi byliśmy w tym roku na feriach zimowych i latem też uprzyjemniliśmy im wakacje.

Przeczytałam kilkadziesiąt książek ( fakt, w większości kryminałów), co 2-3 tygodnie wypożyczanych z gminnej biblioteki. 

Poznałam jedną z Was osobiście, co mnie bardzo cieszy, a na lokalnym podwórku nawiązałam znajomość z sąsiadką  z mojej wsi, dzięki temu nie czuję się już tak bardzo mieszkanką "dwuosobowej wyspy" w "środku niczego".

To był rok, dobry rok...:)

Do Siego Roku 2018  wszystkim !!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Żyć po swojemu

niedziela, 26 listopada 2017 12:23

 Ciekawią mnie ludzkie losy, te w pierwszej osobie pisane na blogach, losy ludzi codziennych, "takich, jak ja". Co za banał. Każdy jest inny, każdy sam wydeptuje swoją, osobistą ścieżkę.

 A ja ciągle się dziwię. Przeczytałam jeden wpis na nieznanym mi blogu i zaczęłam się zastanawiać. I wymyślać. Czemu kobieta pięćdziesięcioletnia żyje 20 lat na walizkach, mieszka w różnych miejscach świata? Czy jest samotna? Czy takie życie, to jej wybór, czy splot okoliczności? Co jest dla niej w życiu najważniejsze? czy czuje się osobą spełnioną?  Nic o niej nie wiem, poza tym, co przeczytałam w jednym wpisie. Ale zadumałam  się. Wyobraziłam sobie siebie w takiej rzeczywistości. I ciarki mi przeszły po plecach. Dla mnie to byłaby życiowa klęska. Nie jestem stworzona do życia w samotności. Kto czytał moje wcześniejsze wpisy wie, że bez rodziny nie byłoby mnie, to nie byłabym ja. Bez moich Bliskich, bez grona przyjaciół, ciągle tych samych od młodych lat, bez szerokiego kręgu dobrych znajomych moje życie nie byłoby pełne.

Każdy jest inny, to truizm, niby wiemy o tym, a jednak ja mam nawyk porównywania siebie z innymi. lub na odwrót. Każdy w młodości, nawet już w dzieciństwie ma jakieś wyobrażenie o swoim dorosłym życiu. Po okresie bycia księżniczkami dziewczynki chciały być (nie wiem, jak teraz) lekarkami, baletnicami, aktorkami... Ja chciałam być nauczycielką, a na podwórku, w zabawie w dom, zawsze byłam mamą. W pewnym momencie, już w muzycznej podstawówce chciałam być śpiewaczką. To pragnienie było na tyle silne, że poszłam uczyć się śpiewu w Średniej Muzycznej. Głos był, owszem, ładny, ale "mały" (co znaczy, że orkiestry bym nie przebiła głosem, a w operze nie "doniosłabym" głosu do ostatnich rzędów). Mimo to dostałam propozycję przesłuchania u Bogny Sokorskiej - Słowika Warszawy (niebywały sopran koloraturowy) i ewentualnego studiowania w Warszawie. I co ja zrobiłam? Odpuściłam. Nie wyobrażałam sobie życia z dala od moich rodziców, od mojego Poznania i od mojego Chłopca. A przecież dopiero co go poznałam. Ale to był dobry wybór, ten właściwy, z moim charakterem nie nadawałam się na tamto życie. Zostałam nauczycielką i mamą, i jestem osobą spełnioną. I nawet nie zadaję sobie pytania "a co, gdybym...".  Bardziej mnie zawsze fascynowało patrzenie na innych, niż gdyby to inni stale patrzyli na mnie (jak to jest w przypadku znanych osób). Jak to jest - wybrać samotne życie? Jakie są tego bonusy? Ja tego już raczej nie zrozumiem (i obym nigdy nie doświadczyła).


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Z rodziną nie tylko na zdjęciu

sobota, 02 września 2017 23:40

Czy macie "zapomnianą" rodzinę. Nie taką nieznaną, tylko taką, z którą nie macie kontaktu przez lata? Ja mam, bliskich kuzynów i ciocie, od strony taty. Nie było w naszym życiu punktów stycznych. Inne problemy, inne środowiska. Brak woli kontaktu z obu stron. 

Chyba się starzeję, bo uznałam pogrzeb, za okazję do rodzinnego spotkania. Nie znoszę pogrzebów. Jak nie jest to mus, związany z powinnością, nie pójdę. Na pogrzeb cioci był mus pójść. Tato nie chodzi na żadne pogrzeby, więc poszłam w jego zastępstwie, w jego imieniu. No i byłam to winna kuzynowi, jedynemu z ośmiorga, z którym jestem zaprzyjaźniona od dzieciństwa. Zobaczyłam wszystkie kuzynki, kuzynów i ich dzieci i nawet wnuki. Na stypie była okazja porozmawiać ze wszystkimi, synowie najstarszej kuzynki, panowie pod pięćdziesiątkę pytali mamę: jeśli to jest nasza ciocia, to dlaczego my jej nie znamy?  No właśnie?

To było 2 lata temu, teraz był pogrzeb kuzyna. Właściwie nie miałam z nim kontaktu przez całe dorosłe życie, mogłam się wyłgać od udziału w pogrzebie. Ale poszłam - żeby spotkać się z tą "zapomnianą" rodziną. Może, żeby o mnie pamiętali? Spotkałam tam ciocie, taty siostry, chciałoby się powiedzieć - staruszki. Tak, mają swoje lata (86 i 76), ale fizycznie i mentalnie są o wiele młodsze, to wprost nieprawdopodobne, kiedy porównuję je z ich rówieśniczkami. Chciałoby si ęwierzyć, że ja mam też te geny. Ale to "przedwojenny materiał", jak powiadają, nie to co powojenne słaboty.

Zaprosiłam obie moje ciocie do siebie na wieś. Ciocie nie są samotne,nie, mają swoich panów. Ta starsza ma partnera (nie męża), młodszego od niej  o dobre 20 lat, który jest bardzo troskliwy i oddany. Z młodszą z sióstr jestem na "ty" i jesteśmy w kontakcie telefonicznym, ale dawno się nie widziałyśmy, ze starszą nie było dawno kontaktu, jakoś tak sama odsunęła się od reszty rodziny. Teraz zapragnęła powrotu do rodziny. I z zadowoleniem przyjęła zaproszenie. Było bardzo miło, rodzinnie, jakby nie było tego minionego czasu. Wiem, że oni niewiele wychodzą do ludzi, nie zapraszają, nie goszczą się.  Starsi ludzie potrzebują pozytywnych bodźców, żeby ich mózgi miały co robić. Myślę, że ta wizyta była dla nich takim przyjemnym przerywnikiem ich monotonnej codzienności. A dla mnie była kolejną żywą lekcją historii i także miłą rozrywką. 


Podziel się
oceń
0
918

komentarze (10) | dodaj komentarz

niedziela, 21 stycznia 2018

Licznik odwiedzin:  315 613  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O mnie

Jestem spokojną osobą w "pewnym wieku", liść na wietrze, dziś się kołyszę i płynę, jutro opadnę , nie zostanie śladu. Czasem nie mam odwagi powiedzieć o pewnych sprawach z otwartą przyłbicą. Więc zakamuflowana , tutaj się wypowiadam.

O moim bloogu

Pamiętnik zwykłej kobiety w "smudze cienia"

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 315613

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Facet

Pytamy.pl